czwartek, 3 marca 2011

Donaty


No i nie zdążyłam na czekoladowy weekend - więc przynajmniej na tłusty czwartek się załapię. Dobrze przynajmniej że tłusty czwartek nie trwa tydzień bo ja już po trochu zaczynam wyglądać jak krąglutki, słodki pączek. Ale, ale... tylko bez lukru... Teraz wystąpi pączek z dziurką.

Donaty
1/2 kg mąki, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 łyżeczka sody, 3 jaja, 25 dkg brązowego cukru, 20 dag kwaśnej śmietany, 1/2 łyżeczki cynamonu, szczypta soli

Mąkę zmieszać z proszkiem i sodą oczyszczoną. Jajka ubić z cukrem, dodać śmietanę, cynamon, szczyptę soli. Wymieszać masę jajeczną z mąką, zagnieść ciasto, przykryć ściereczką i włożyć na godzinę do lodówki. Schłodzone ciasto ponownie zagnieść, rozwałkować na grubość 1,5 cm. Wykrawać szklanką krążki, a w krążkach dziurki. Pozostawić 10 min by obeschły. Smażyć na rozgrzanym głębokim tłuszczu z obu stron. Osączyć z tłuszczu.
Donaty można jeść posypane cukrem i cynamonem, przekładane kremem lub bitą śmietaną, bądź polane miodem czy syropem klonowym. Ja najchętniej bym zjadła z kremem ajerkoniakowym. Aczkolwiek... niestety ;)
No i widzę w tym miejscu okoliczność do złożenia życzeń kuzynce Donacie :)
Wszystkim Donatom :)

środa, 23 lutego 2011

Rafaello


Lubię takie powroty :) Słoooooddddkieee...

Zatem jestem i witam się słodko. Winna jestem również wyjaśnienie. Otóż przez kilka miesięcy dotykały mnie mdłości i odrzucało od słodyczy, następne miesiące przeżyłam w abstynencji cukrowej z powodu zagrożenia cukrzycą ciążową. Przetrwałam jakoś te 9 miesięcy i teraz wracam do mojej słodkiej kawiarenki z najsłodszym maleństwem w ramionach.
Na początek coś słodkiego i lekkiego - w sam raz na poczęstunek z okazji Chrztu... oj będzie biało, będzie biało :)
Rafaello
1 szklanka wiórków kokosowych, 1 szklanka mleka w proszku, 1/2 kostki masła, 4 łyżki mleczka do kawy, 4 łyżki cukru pudru, obrane migdały
Odsypać 1/3 szklanki wiórków, resztę uprażyć na 2 łyżkach masła. Wystudzić.
Masło utrzeć z cukrem pudrem, mleczkiem i mlekiem w proszku, dodać uprażone wiórki. Dokładnie wymieszać. Formować kuleczki wkładając do środka migdał. Każdą kulkę obtoczyć w pozostałych wiórkach. Schłodzić w lodówce.
No... to teraz pozostaje mi wymyślenie wspaniałego białego tortu

niedziela, 21 marca 2010

Szpajza cytrynowa


Gdyby chmurki były żółte... gdyby chmurki miały smak cytrynowy...
Szpajza cytrynowa to taki prosty cytrynowy krem - delikatny i puszysty tak, że ptasie mleczko wysiada. I co tu pisać więcej? szkoda gadać - lepiej zjadać...

Szpajza cytrynowa
4 jajka, 1 duża cytryna, 8 łyżeczek cukru, 2 łyżeczki żelatyny, skórka z cytryny

Żółtka należy utrzeć z cukrem na puszystą masę. Żelatynę namoczyć w niewielkiej ilości zimnej wody i rozpuścić w gorącej, przestudzić. Do utartych żółtek dodać sok wyciśnięty z całej cytryny, oraz drobno startą skórkę cytrynową, wymieszać, po czym dodać ubitą na sztywno pianę z białek i delikatnie ponownie wymieszać. Nie przerywając mieszania wlewać cienkim strumieniem żelatynę i natychmiast przelać do salaterek deserowych.

Szpajza - to jest po śląsku krem. Takie szpajzy można zrobić w zasadzie z większości owoców, ale przyrzekam że cytrynowa jest najsmaczniejsza. Pozostawiłam taką oryginalną nazwę gdyż przepis pochodzi z książki Elżbiety Łabońskiej "Śląska Kucharka Doskonała" - którą polecam równie serdecznie jak sam krem.

poniedziałek, 1 marca 2010

Róże z kaszy


Z kaszą to jesteśmy za pan brat. Nie wyobrażam sobie by w domu zabrakło kaszy manny. To byłaby tragedia w kilku aktach, bądź w jednej odsłonie. Zamiłowanie do tego rodzaju kaszy nasza córka odziedziczyła po mamie (czyli po mnie) jak i do budyni, zup mlecznych, serków, jogurtów ioraz koktajli. Przyznam się, że za dziecka kaszkę jadłam tylko w jednej postaci - polaną masłem i posypaną cukrem. A kaszę można przyrządzić wszak na wiele sposobów, również jako dodatek do zup. My jednak stanowczo wolimy na słodko. A moja dzisiejsza propozycja kusi słodyczą na sam widok.

Róże z kaszy
1 szklanka kaszy manny, 3 łyżki masła, 1 szklanka wody, 2 szklanki mleka, 3 łyżki cukru, 1 łyżka rodzynek, 2 łyżki posiekanej skórki pomarańczowej, 3 łyżki miodu

Kaszę wsypać do rondelka z wodą, dodać dwie szklanki mleka i dobrze wymieszać. Gotować na małym ogniu by uniknąć przypalenia. Gdy kasza zgęstnieje zdjąć z ognia i ostudzić. Masło utrzeć z cukrem oraz ugotowaną kaszą, dodać rodzynki i skórkę. Wymieszać. Foremkę, naczynie żaroodporne lub jak w moim przypadku formę na babeczki natłuścić i włożyć masę z kaszy. posmarować miodem i zapiekać pod przykryciem w tp. 150 około 20 minut.

Czyż nie są słodkie?


niedziela, 21 lutego 2010

Niedźwiadki


Ja poproszę jeszcze raz! To znaczy udział w czekoladowym weekendzie, to znaczy czekoladę. Tym razem zachodziłyśmy w głowę z moją małą pomocnicą, co też takiego tajemniczego zrobić można z czekolady - albowiem zdarzyć może się wszystko i to na przestrzeni dwu ostatnich dni.
Po kuchennej naradzie doszłyśmy do... niedźwiadków. Tak, tak - niedźwiadki to jest to. One są takie miłe i niebanalne - a jednocześnie słodkie i jadalne.

Niedźwiadki
1 szklanka cukru, 3/4 szklanki masła, 1 jajo, 2 łyżki wanilii, 2,1/4 szklanki mąki, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1/4 łyżeczki soli, 60g gorzkiej czekolady

Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni. Ucieramy masło z cukrem i jajkiem. Wsypujemy mąkę z proszkiem do pieczenia i solą, zagniatamy. Ciasto dzielimy na dwie części i do jednej dodajemy stopioną czekoladę. Niedźwiadki robimy waniliowe i czekoladowe z różnych wielkości kulek. Najpierw spłaszczamy dużą kulkę na nienatłuszczonej formie, po czym doklejamy głowę, uszka, łapki z mniejszych kulek lekko dociskając. Pieczemy ok 10 minut do stwardnienia. Pozostawiamy do ostygnięcia na blasze.
Takie misie to wyśmienity poczęstunek dla niejadków i dla takich co czekoladę w każdej postaci ;)
Niedźwiadki oczywiście występować będą:



sobota, 20 lutego 2010

Kielich kawowo-czekoladowo-ajerkoniakowy


Ze słabości do tych trzech smaków powstał w mojej głowie chytry plan by połączyć przyjemne z pożytecznym i wystąpić z tym tercetem w dorocznej zabawie proponowanej przez Beę. Miało być czekoladowo - a będzie jedynie czekoladowo w jednej trzeciej części. Ale myślę że jestem usprawiedliwiona gdyż z samej czekolady można zrobić tylko... czekoladę ;)

Kielich kawowo-czekoladowo-ajerkoniakowy
3/4 szklanki mocnego naparu kawy, 3/4 szklanki ajerkoniaku, tabliczka gorzkiej czekolady, 3 łyżki żelatyny, 3 jajka, 3 kubki śmietanki 30%, 100g orzechów włoskich
Kawę osłodzić, odcedzić i dobrze wymieszać z łyżką żelatyny i jednym żółtkiem. Drugą łyżkę żelatyny rozpuścić i dodać do ajerkoniaku. Rozpuszczoną czekoladę wymieszać z dwoma żółtkami i trzecią łyżką żelatyny. Białka i śmietanę ubić osobno i w równych częściach dodać do gęstniejących kremów z kawy, czekolady i ajerkoniaku. Wyłożyć do pucharków przesypując grubo siekanymi orzechami włoskimi.
I tutaj się przyznam że ja orzechów nie lubię i wystąpiły jedynie gościnnie na zdjęciu.
No i chciałabym wystąpić w:

piątek, 12 lutego 2010

faworki

Nie wypaliło z tłustym czwartkiem. Po pierwsze musiałam dłużej zostać w pracy, a po drugie jak już wróciłam to byłam w stanie jedynie paść twarzą do pościeli i tak też zrobiłam. W tej formie zostałam do dzisiaj, więc wzięłam urlop na wzięcie się w garść i zarządziłam tłusty piątek. Prawdę mówiąc plany miałam o wiele szerzej zakrojone, lecz niestety pozostanie w domu z moją córką jest bardziej męczące niż praca po godzinach. I byłoby runeło gdyby przed wyjściem do szkoły mój syn nie poprosił o takie zawijane ciasteczka. Dla ciebie wszystko mój synku.

Faworki
50 dag mąki pszennej, 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia, 10 dag cukru, 3 jajka, 4 łyżki mleka, 13 dag masła, tłuszcz do pieczenia

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Dodać jaja, mleko, cukier i masło. Wszystkie składniki wymieszać w misce mikserem a następnie zagnieść gładkie ciasto. Cienko rozwałkować i pokroić w paski 2x6 cm. Naciąć pośrodku i przewinąć przez środek formując faworki. Smażyć na złoty kolor na rozgrzanym tłuszczu. Wyjąć, osączyć i posypać cukrem pudrem.
To najprostszy i najmniej pracochłonny przepis na faworki jaki mam. Nie wymaga ani wielu jajek, ani wybijania wałkiem dla pęcherzy. Proste i naprawdę dobre.

Ja chyba rozpuszczam tego mojego syneczka :)

niedziela, 17 stycznia 2010

Makowe delicje


Aż w końcu ktoś mnie zapytał skąd ja biorę te moje przepisy na desery. No więc dzisiaj zdradzę moją tajemnicę zanim rozsypie się ona jak zamki na piasku. Przepisy pochodzą z mojego supertajnego zeszytu. Supertajnego i super zniszczonego. Do dnia dzisiejszego przetrwała tylko jedna jego połowa, gdyż druga nie wiadomo kiedy i gdzie uległa zagubieniu. Może kiedyś się odnajdzie, a może i nie. Średnio raz na miesiąc przeszukuję mieszkanie w poszukiwaniu tej połówki która ostała i gdy znajdę wypróbowuję jeden z zamieszczonych tam przepisów, przepisów które zapisywałam i wklejałam do niego jakieś 20 lat temu, toteż nie dziwne że ząb czasu obszedł się z moimi notatkami w dosyć bezczelny sposób. Spróbuję ocalić przed zapomnieniem wszystko co było na jego kartach - więc dzisiaj:

Makowe delicje
25 dag mrożonych malin, 2 pojemniki twarożku, 3/4 szklanki mleka, 1 torebka cukru wanilinowego, 5 dag maku, 5 łyżek cukru, cytryna
Cytrynę sparzyć i obrać cienko skórkę. Mleko zagotować z cukrem wanilinowym, skórką z cytryny, oraz makiem. Gotować masę makową 15 minut mieszając by się nie przypaliła. Wycisnąć sok z cytryny. Twarożek utrzeć z cukrem oraz połową soku cytrynowego, wymieszać z ostudzoną masą makową. Rozmrożone maliny zmiksować z łyżką cukru oraz sokiem cytrynowym, przetrzeć przez sitko. Rozłożyć warstwami z masą makową w pucharkach, udekorować malinami.

Zdaje mi się że teraz desery nie są takie modne jak kiedyś przed laty, gdy deser był ukoronowaniem każdego obiadu. A więc może by tak choćby tylko w niedzielę?

wtorek, 5 stycznia 2010

ajerkoniak i likier czekoladowy


Kto miał w święta problem z przejedzeniem, a w sylwestra z przepiciem ten sobie tego wysokokaloryczno-alkoholowego posta opuści - a pozostałe osoby zapraszam na degustację wyśmienitych i gęstych likierów. Że tak zwany ajerkoniak był i jest nadal podstawowym popisem gospodyń śląskich;) do jakich z przyjemnością się zaliczam - nie byłabym sobą gdybym nie podzieliła się tym specjałem, a nawet byłoby to z mojej strony wysoce niegrzeczne.
Kto lubi likier jajeczny niech rzuci się teraz do kuchni by przyrządzić ten aromatyczny likier gdyż ten kupny się ani nie umywa, a przygotowanie jest bajecznie proste.

Likier jajeczny - ajerkoniak
5 żółtek, 1/4 l spirytusu, 30 dag cukru, 1/2 paczki cukru waniliowego, szklanka mleka

Tak brzmi oryginalny przepis - acz ja sobie go za każdym razem odrobinę modyfikuję dostosowując do swojego podniebienia. Przede wszystkim nie znoszę ostrych trunków - więc spirytus zastąpiłam wódką o którą zresztą łatwiej w moim domu;) Zamiast cukru wanilinowego używam wcześniej przyrządzonego cukru z laską wanilii, lub skórką cytrynową. Mleko używam kondensowane niesłodzone.
Żółtka ucieramy z cukrem na puszystą masę do momentu całkowitego roztarcia cukru. Do utartej masy dodajemy mleko i nie przerywając ucierania cienką stróżką wlewamy spirytus. Nie przerywamy ubijania aż zostanie wlany cały alkohol. Przelewamy do czystych karafek i odstawiamy na kilka dni w chłodne miejsce.
Podobnie przygotowuje się:

Likier czekoladowy
6 żółtek, 1/4 l spirytusu, 1 tabliczka czekolady mlecznej lub gorzkiej, szklanka cukru, 1 i 1/2 szklanki mleka
Czekoladę topimy i zalewamy mlekiem. Żółtka ubijamy na masę i dodajemy tak jak w poprzednim przepisie wpierw mleko ze stopioną czekoladą , a następnie bardzo powoli i nie przerywając ucierania alkohol. I ten likier aby nabrać odpowiedniej gęstości i smaku powinien parę dni odstać w chłodnym pomieszczeniu. I to jest w tym całym zamieszaniu najtrudniejsze. Ale gdy się już wyjmie nasze likiery ( a u mnie w domu nie obędzie się również bez kukułki - przepis był w ubiegłym roku) to można się delektować do woli i z przyjemnością.
A... i jedna uwaga. Z takich wąskich butelek to ciężko jest taki likier wygrzebać, bo to potrafi naprawdę porządnie zgęstnieć. W przyszłym roku zrobię w słoiku :)

Przepisy pochodzą z książki Elżbiety Łabońskiej "Śląska kucharka doskonała"

czwartek, 24 grudnia 2009

Kasztany, marcepany i królewskie śliwki

Obiecałam sobie że wezmę się sumniennie do pracy i wezmę udział w kulinarnej zabawie. Bardzo zachęciła mnie propozycja z blogu cudawianki i banerek już od tygodnia powiewa. Tylko czas jakoś mnie tak onieśmiela że komputer zarósł kurzem a skrzynka pocztowa zatonęła w nowych wiadomościach których nikt nie odbiera. Czas, nie czas - sumiennym być trzeba, więc w zgiełku tym świątecznym znalazłam czasu odrobinę by wywiązać się z obietnicy.
No dosyć gadania - trzeba brać się do roboty. Oto moje propozycje na słodkie świąteczne prezenty

Polskie kasztany
50 dag białej fasoli Jaś, aromat migdałowy, 75-80 dag cukru kryształu, kakao
Fasolę gotujemy na miękko, następnie przecedzamy, obieramy i przecieramy przez sitko. Cukier rozpuszczamy z 3-4 łyżkami wody na gęsty syrop. Syrop miksujemy z przetartą fasolą i kilkoma kroplami aromatu. Z gęstej masy formujemy kulki i obtaczamy w kakao.
Moje uwagi odnośnie przepisu: hmm... podobno smakuje jak orginalne kasztany - nie wiem, nie jadłam tych prawdziwych. Z tego przepisu wyszłoby bardzo dużo (z połowy gara ugotowanej fasoli zrobiłam zatem fasolkę po bretońsku) - więc radziłabym ograniczyć do połowy, zwłaszcza że za pierwszym razem coś mi nie wyszło. Ale wprawa czyni mistrza - a dla sprawienia komuś niespodzianki warto się wysilić

Marcepanki
25 dag migdałów, 25 dag cukru pudru, 2 białka, 2 kieliszki rumu
Migdały obieramy i mielimy. Do rozdrobnionych migdałów dodajemy cukier, białka i tyle alkoholu aby powstała elastyczna masa. Formujemy kartofelki i obtaczamy w kakao, lub jak ja to zrobiłam w tartych migdałach. Bardzo wykwintny i jednocześnie prosty sposób na zrobienie komuś przyjemności.

Królewskie śliwki
25 dag suszonych śliwek kalifornijskich bez pestek, 10 dag tartych migdałów, 5 dag cukru pudru, 1 białko, parę kostek czekolady
śliwki moczymy. Tarte migdały mieszamy jak w poprzednim przepisie z białkiem i cukrem pudrem. Powstałą masą nadziewamy śliwki, maczamy w roztopionej czekoladzie i schładzamy w lodówce. I ten smak przypadł mi najbardziej do gustu - połączenie smaku śliwki, marcepana i czekolady - to poprostu rewelacja.

Wszystkie przepisy biorą udział w zabawie






poniedziałek, 21 grudnia 2009

Pierniczki

Myślę że to będą moje ulubione. Z powodów o których pisać tu nie będę - w tym roku jadam tylko miękkie pierniki. I te są miękkie właśnie. I bardzo smaczne w dodatku.
Och, jak ja lubię ten przedświąteczny czas. Zakupiłam prezenty dla wszystkich dzieci własnych i tych prawie własnych. Teraz mnie świerzbi żeby im je dać, a parę dni trzeba jeszcze wytrzymać. Chyba wszystkie pieniądze mogłabym przeznaczyć na upominki dla milusińskich - bo radość dziecka jest dla mnie najpiękniejszym prezentem. Lecz to nie jedyny powód. Lubię przygotowywać dom na święta, lubię piec ciasta i wyjmować z pudełka wszystkie te choinkowe aniołki. Lubię śnieg za oknem i wróble w karmiku. Lubię zapalać świece i choinkowe lampki. Lubię atmosferę domu w którym jesteśmy razem i ten dom jest nami wtedy ciepły i jasny - gdy za oknem zimno i mrok. Lubię z moją córcią wycinać renifery z migdałowego ciasta.
I tak zastanawiam się nad ludźmi którzy nie uznają świąt Bożego Narodzenia - oni tracą coś pięknego, magicznego.
Ale nie roztrząsajmy tego, każdy ma prawo żyć jak chce i upiec pierniczki tak bez powodu.
Pierniki
2 szklanki mąki pszennej, 150 g masła, 100 g mielonych migdałów, 2 jajka, 8 łyżek cukru, opakowanie cukru wanilinowego, 3 łyżki miodu, 1 łyżka przyprawy do pierników, 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Masło ucieramy z cukrem i jajami. Dodajemy resztę składników i zagniatamy. Ciasto należy schłodzić w lodówce a następnie cienko rozwałkować i wykrawać ciasteczka. Piec 25 minut w tp 180 stopni. Polukrować.

Przepis pochodzi z miesięcznika "Ciasta Domowe" nr 167

piątek, 18 grudnia 2009

anielskie stopy


Święta nadchodzą wielkimi krokami i na wszystkich blogach zapachniało ciastakami. Na wszystkich oprócz mojego oczywiście. Co nie znaczy że nie pachnie ciastkami mój dom. Od tygodnia wraz w pociechami mieszamy, wykrawamy. Ciastkami zatkane są już trzy potężne pudła. I tylko pytanie co się z tym potem stanie i kto to wszystko zje? Oczywiście są w tych pudłach ciastka które już były i nowości "wydawnicze" które w wielkim skrócie postaram się tu przedstawić jeszcze przed świętami. O ile mi się uda oczywiście - bowiem ciastka to nie jedyne co robimy w święta. Bo niektórzy jeszcze pracują. Niestety :(
Idea anielskich stóp powstała w mojej głowie po przedszkolnej akcji aniołkowej, na którą zostałam poproszona o wykonanie 26 par stóp z masy solnej. I tak mi się to stópkowanie utrwaliło, że pomyślałam o takich jadalnych ciasteczkach, które w formie podarunkowej można powiązać po dwie czerwoną wstążką. Skorzystałam z przepisu na ciastka o smaku toffi które można również wykrawać foremkami

Anielskie stópki
3 szklanki mąki, 1 szklanka stopionych toffi, 2 łyżki mleka, 2 szklanki cukru kryształu, 1/2 cukru brązowego, 1 szklanka masła, 1 jajko, 1/2 łyżeczki soli, 2 łyżeczki wanilii
Wszystkie składniki ucieramy na gładkie ciasto, dzielimy na pół i odkładamy do lodówki na 2-3 godziny. Rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni. Na stolnicy suto posypanej mąką rozwałkujemy ciasto na placek o grubości 3 mm i wycinamy ciasteczka i układamy na nienatłuszczonej blasze zachowując odstępy. Pieczemy 5-8 minut na jasnozłoty kolor i zdejmujemy z formy natychmiast po upieczeniu.

Hmm... Mariusz, który takowe stópki odemnie otrzymał, powiedział że podejrzliwie na niego teraz patrzą w domu - uznano bowiem że stópki są zapowiedzią ojcostwa. Ha,ha,ha... czego ja mu szczerze życzę ;)

P.S Za jakość zdjęcia przepraszam, lecz niestety ostatnio w domu jestem po zmroku, a mój aparat tego nie lubi :(

piątek, 4 grudnia 2009

Tarta jabłkowa z sosem toffi

Otwarłam moją nową książkę z przepisami na tarty na stronie przepisu z którego ostatnio skorzystałam i okazało się że są tam jeszcze okruszki ciasta. No tak - szalona gospodyni, jak się piecze to po całej kuchni :) Ale podobno książki po to są żeby z nich korzystać - więc tłuste plamy w książce kucharskiej nie powinny nikogo dziwić. Bynajmniej - taka zakładka z obiadu świadczy o tym że obiad był dobry, a książka zawiera ciekawe przepisy. Książka Sarah Banbery "Tartaletki i Tarty" składa się z wielu ciekawych przepisów więc bez plam się nie obędzie.
Ale nie ja jedna w tym domu jestem "książkowym chlapaczem". Opowiem zatem przypadek jednego mężczyzny który gotuje na sucho w trakcie jedzenia. Tym przypadkiem jest mój osobisty małżonek, który podczas obiadu musi mieć przed sobą jedną ze swoich ulubionych książek kulinarnych. Na przykład "kuchnia francuska" jest już dawno w strzępach a "Kuchnia pod chmurką" wygląda jakby w rosole się wygotowała. Ja tak myślę że po tylu latach to szanowny pan mąż zna już wszystkie przepisy na pamięć - jednak nic z tego, jedyne co zrobi to prażonka. Acz trzeba przyznać że to najlepsza prażonka na świecie.
Czuję się usprawiedliwiona, zatem całkiem spokojnie mogę podać przepis na wyśmienitą tartę z sosem toffi
Tarta z sosem toffi
Ciasto: 125g mąki pszennej, szczypta soli, 75g masła, zimna woda
Farsz: 1,3 kg jabłek obranych i bez gniazd nasiennych, 1 łyżeczka soku z cytryny, 50g masła, 100g cukru, 200 g cukru kryształu, 90 ml zimnej wody, 150ml śmietany kremówki, cukier puder
Z mąki, masła, wody zagniatamy szybko ciasto na tartę i wkładamy do lodówki, a następnie podpiekamy przez 15 minut pod obciążeniem. W tym czasie 4 jabłka kroimy w ósemki i polewamy sokiem z cytryny. Na patelni topimy masło i smażymy kawałki jabłek aż zaczną brązowieć na brzegach. Resztę jabłek należy pokroić w plasterki, wrzucić do rondla, dosypać cukier i gotujemy aż zmiękną. Ugotowane jabłka przekładamy na podpieczone ciasto, na wierzchu układając koliście ósemki jabłek. Pieczemy 30 minut.
200 g cukru wsypujemy na patelnię, wlewamy wodę i podgrzewamy aż cukier się rozpuści i zacznie się karmelizować. Zdejmujemy z ognia i wlewamy śmietanę cały czas mieszając. Ciasto polewamy sosem toffi i wkładamy na godzinę do lodówki. Przed podaniem posypujemy cukrem pudrem.
Ja przyznam się jedynie że piekąc tarty zawsze ciasto robię według mojego ulubionego przepisu na kruche ciasto. Podaję jednak przepis oryginalny - bo każdy może sobie z nim zrobić co chce, dowolnie zmieniać lub sztywno trzymać przepisu. Ale spróbować trzeba - to naprawdę dobra tarta. Oczywiście o ile ktoś tak jak ja uwielbia krówki :)

środa, 18 listopada 2009

tartaletki creme brulee


Przyznam się że nie wiedzieć czemu - jakoś rzadko decyduję się na zrobienie jakiegoś modnego deseru. Przeważnie wracam pamięcią do smaków dzieciństwa, wertuję zeszyt ze swoimi zapiskami nastolatki - a tam trudno znaleźć takie nazwy jak tiramisu, czy creme brulee. No dobra - brązowy cukier też trudno znaleźć. Bo jak się chce zrobić deser który nie tkwi jeszcze korzeniami w komunistycznej przeszłości naszego kraju, to trzeba się kopnąć do marketu i kupić w końcu ten brązowy cukier, no bo jak? Opalarki jednak nie kupiłam - no bez przesady ;)
Postanowiłam zaryzykować i zrobić w końcu:
Tartaletki z creme brulee (język można połamać- a to wszak zwykły budyń jest)
150g mąki pszenej, 25g cukru, 125g zimnego masła, łyżka wody, 4 żółtka, 50g cukru, 400ml śmietany kremówki, brązowy cukier
Z mąki, 25g cukru, masła i wody zagnieść szybko kruche ciasto i wyłożyć nim foremki do tartaletek. Nakłuć widelcem i schładzać 20 minut w lodówce, a następnie obciążone fasolkami upiec w piekarniku nagrzanym do 190. Zółtka utrzeć z cukrem na puszystą masę. Śmietanę rozrzać z wanilią (nie gotować) i wlać do żółtek ubijając. Masę podgrzewać mieszając by się nie zwarzyła a po wystygnięciu wylać na gotowe spody i ostudzić. Posypać brązowym cukrem i na chwilę umieścić w piecu pod rozgrzanym grillem. Wystudzić i schładzać w lodówce.

Zdradzę też przy okazji mój patent na jedwabisty budyń. Zwykły waniliowy budyń z paczki przygotowujemy według przepisu na opakowaniu, jednak zamiast 500ml mleka dajemy połowę mleka i połowę śmietany kremówki (czyli po 250ml). Odlewamy pół szkalnki i wbijamy do niej żółtko, oraz wsypujemy proszek budyniowy dokładnie mieszając. Dalej według przepisu. Ugotowanym budyniem można zalać pokruszone herbatniki, lub kawałki biszkopta. Podawać z dżemem, bitą śmietaną lub posypany brązowym cukrem

niedziela, 8 listopada 2009

Krem rosyjski


Przyjechała koleżanka z jajkami. To znaczy, to nie były jej jajka tylko od kury. Od takiej prawdziwej kury co to nie wie co to chów klatkowy i dieta witaminowa. Bo to tak - taka prawdziwa wiejska kura je co jej do dzioba wpadnie - kosząc z przodu, wypuszczając z tyłu, zdrowo, bezstresowo...
Kura produkcyjna natomiast stołuje się o ściśle ustalonych porach - zasilana ściśle weryfikowanym, normowanym i witaminizowanym daniem dla kur przeznaczonym.
Ale to nie wykład o kurach, oj nie...
Z dawnych czasów gdy mieliśmy kury (a plac wyglądał wtedy jak wielki placek z błota nakrapiany kurzymi odchodami) to pamiętam najlepiej świeży, puszysty kogiel-mogiel. Mogłam go jeść ile tylko zmieściłam i zrobić sama w małym garnuszku. Ale najsmaczniejszy był taki który zrobiła mama - żółciutki z dodatkiem cytryny. Ja siedziałam wtedy w wielkiej balii na środku kuchni i zażywając kąpieli otwierałam tylko dziobek jak takie wielkie pisklę.
Więc jak dostałam te jajka od prawdziwej kury to zrazu pomyślałam o koglu-moglu. Nie tak szybko jednak, bo potem zaraz uświadomiłam sobie że jajka nie były badane i ryzykownie byłoby użyć ich na surowo, zatem odłożyłam je do lodówki. Była z nich potem pyszna jajecznica. A kogiel mogiel i tak zrobiłam - tylko że z kupnych jajek, od tych biednych klatkowych kur, co to nie wiedzą jak to jest jeść co popadnie, ale przynajmniej ich jajka są badane. A kogiel mogiel w wersji dla dorosłych to:
Krem rosyjski
4 żółtka, 4 łyżki cukru pudru, 3 łyżki rumu, 1/4 l śmietany, 1 łyżka cukru pudru, 4 winogrona

żółtka ucieramy z cukrem na puszysty biały krem. Do kremu dodajemy rum. Śmietankę ubijamy osobno i odkładamy 4 łyżki do przybrania. Delikatnie łączymy krem z bitą śmietaną i nakładamy do pucharków. Przybieramy bitą śmietaną i winogronem.
Taki krem należy zjeść zaraz po przyrządzeniu i to koniecznie ze świeżych przebadanych jaj.

P.S. A kur to ja od dziecka nie lubię.

niedziela, 1 listopada 2009

Bomba Malinowa


Oj nie żeby z tęsknoty za latem, wcale nie. Ja tam za słońcem nie przepadałam nigdy - wystarczy mi takie jak dzisiaj, nieśmiało przedzierające się zza kolejnej chmury. I ten szron otulający ostatnie tego roku liście i jakieś pożegnanie w powietrzu. To pożegnanie ciepłych dni, lata, jesieni i...
A ja kpię sobie z tego pożegnania wyciągając maliny. No tak - bo jest takie miejsce w mojej zamrażalce gdzie malin jest królestwo. A jeśli się je odpowiednio zamrozi - nie tracą nic ze swojego smaku, koloru ani nawet kształtu. Malin w tym roku zamroziłam dużo, wobec czego pomimo nieodpowiedniej pory będą często tutaj gościć królowe lata - maliny.

Bomba malinowa
Kruche ciasto: 125g mąki, 75g masła, 30g cukru pudru, 1 żółtko, odrobina soli
Rolada biszkoptowa: 5 jajek, 100g cukru, 80g mąki, 40g mąki ziemniaczanej, konfitury z malin
Krem jogurtowy: 140g cukru, 80 ml soku z cytryny, skórka z 1 cytryny, 3 żółtka, 8 listków białej żelatyny, 250g jogurtu, 3/8 l śmietany kremówki, 300g malin, 3 łyżki konfitury morelowej

Zagnieść składniki na ciasto kruche, uformować i wykroić spód dla bomby malinowej. Upiec w tp 200 stopni. Na roladę biszkoptową upiec na dużej blasze cienki biszkopt, jeszcze ciepły przełożyć na ściereczkę posypaną cukrem i ciasno zrolować. Po chwili rozłożyć, posmarować konfiturą i ponownie zrolować. W ten sposób powstałą roladę pokroić na plastry grubości około 1 cm.
Dno i boki tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia i obłożyć plastrami rolady. Na krem utrzeć żółtka z cukrem, sokiem z cytryny i skórką cytrynową. Podgrzewać mieszając do zawrzenia. Wmieszać namoczoną wcześniej żelatynę. Jeszcze ciepłą masę połączyć z jogurtem i bitą śmietaną na jednolity krem. Połowę kremu wyłożyć na plastry rolady. Zmiksować maliny, przetrzeć przez sito i wymieszać z pozostałym kremem. Wyłożyć na warstwę jasnego kremu, lekko przemieszać widelcem, odstawić do lodówki żeby krem stężał. Spód z ciasta kruchego położyć na zastygłym kremie, tortownicę odwrócić do góry i wyjąć tort z blachy. Ściągnąć papier a tort posmarować roztartą konfiturą morelową.
Bombę można zrobić również w szklanej misce - wtedy jest bardziej efektowna

Przepis z książki: Mała szkoła pieczenia

poniedziałek, 19 października 2009

Czekolada z chili i wanilią

Na zimne jesienne wieczory od kilku dni popijam gorącą gęstą czekoladę. Ja tam wiem ile czekolada ma kalorii i prawdę mówiąc - wcale a wcale mnie to nie przeraża. Zresztą moim sposobem potrafię tu i teraz wynaleźć 100 powodów dla których czekoladę pić można i nawet trzeba. A kalorie? Kto by się tam przejmował, zwłaszcza jesienią kaloriami. Ten jedwabisty smak - to coś wspaniałego. A skoro mamy już cukier w kostkach, to dzisiaj proponuję pitną czekoladę w kostkach - a jak :)
2 laski wanilii, 100 g gorzkiej czekolady o zawartości kakao 70%, 100 g czekolady mlecznej, odrobina mielonego chili, 30 g cukru, patyczki do lodów
Laski wanilii rozcinamy i wyskrobujemy z nich miąższ. Oba rodzaje czekolady razem z miąższem wanilii, cukrem i chili roztapiamy w kąpieli wodnej. Pojemniki do lodu w kształcie serduszek,lub innym (bo ja na przykład nie mam serduszek) cienko posmarować tłuszczem. Czekoladę ponownie podgrzać i rozlać do foremek. Kiedy czekolada zacznie zastygać, w każdą foremkę wetknąć patyczek do lodów. Foremki wstawiamy do lodówki żeby czekolada całkiem stwardniała.
By otrzymać czekoladę do picia wkładamy czekoladkę do gorącego mleka i mieszamy do rozpuszczenia.
Ja już jestem rozpuszczona :)

wtorek, 13 października 2009

Gruszki Pięknej Heleny


Podobno owoc którym kusiła Ewa Adama to nie było jabłko tylko gruszka. A może i to była pigwa (mniejsza z tym). Gruszkę miała również otrzymać najpiękniejsza z bogiń. I chyba otrzymała - bo na dowód tej teorii odnalazłam w swoim kajecie przepis na deser - dosyć swego czasu popularny, acz przez lata zapomniany
Gruszki Pięknej Heleny
6 łyżek lodów waniliowych, 3 gruszki, 1 łyżka bitej śmietany, 1 tabliczka gorzkiej czekolady, 10 dag cukru pudru, cukier wanilinowy
Gruszki należy umyć, przepołowić, usunąć gniazda nasienne. Wymieszać 2 szklanki wrzątku z cukrem pudrem i cukrem wanilinowym, włożyć gruszki, gotować 10 minut, wyjąć, osączyć i ostudzić. Czekoladę rozdrobnić i podgrzewać aż się rozpuści. Do pucharków włożyć połówki gruszek, każdą przykryć łyżką lodów, przybrać bitą śmietaną i polać czekoladą.
Do tego deseru można również użyć gruszek z kompotu.

sobota, 3 października 2009

Likier malinowy


Nadchodzą zimne dni, jesienne noce. Nadchodzą przeziębienia i zakatarzone nosy, drastycznie wzrasta sprzedaż chusteczek higienicznych i środków na przeziębienia.
A ja jesieni się nie boję. Przyznam się nawet że wręcz przeciwnie - uwielbiam otulać się ciepłą chustą i tańczyć z wiatrem, jesienne gonić liście.
"Jak tańczy, jak tańczy królewna
jesienną wietrzną porą
pośród klonów i brzóz
pośród jaworów..."
Zawsze byłam taka trochę panna z mokrą głową (oczywiście w przenośni, bo na wiatr z mokrą głową nie wybiegam) i zamiast upałów które mnie okrutnie męczą wolę po stokroć jesienną aurę. A zwłaszcza poranne mgły. No i takie ot "lekarstwa" na jesienną słotę :)
Likier malinowy
1,5 kg malin, 1 kg cukru, 1 l spirytusu 96 procentowego
Owoce wsypać do słoika, wygnieść, zasypać cukrem. Pozostawić w ciemnym miejscu na 2 dni, co jakiś czas potrząsając. Wlać spirytus i ponownie wymieszać. Po trzech dniach przecedzić przez gęste sito i przez filtr do kawy. Pozostawić na tydzień i jeszcze raz dokładnie przesączyć. Rozlać do butelek. I właściwie powinno się nie otwierać przez pół roku, ale...
Tak wrócić z jesiennego spaceru , zanurzyć się w ciepły kocyk i delektować kieliszkiem pachnącego latem lekarstwa...
Można w ten sam sposób zrobić likier z jeżyn - lecz ja tego lata nie zdążyłam na jeżyny. Za to maliny.... maliny długo jeszcze u mnie będą :)


wtorek, 22 września 2009

Śliwkowa fantazja


Jak myślę o śliwkach - zaraz przypomina mi się kuchnia ciotki Eli. Pomyśli ktoś że pewnie wykwintna, elegancka.... he,he - nic z tych rzeczy, choć wspomnienie czyjejś kuchni może takie skojarzenia budzić. Co do jednego - to się zgadza, kuchnia ciotki Eli jest bardzo specyficzna. Za tłuste zupy, za dużo kiełbasy i szklanki które najlepiej samemu umyć zanim gospodyni zaproponuje herbatę. Prawdę mówiąc odwiedzając drogą ciocię staram się nie być głodna.
Ale muszę tu powiedzieć uczciwie, bowiem wpis jest o śliwkach - to choć ciotka nie ma serca ni ręki do kuchni - to jej powidła śliwkowe podbiły moje serce.
Dzisiaj na wspomnienie tych rewelacyjnych powideł pociekła mi ślinka, zatem:
Śliwkowa fantazja
2 szklanki mleka, 4 łyżki grysiku, 3 łyżki mielonych migdałów, 3 łyżki cukru, cukier wanilinowy, 1 jajko, skórka z 1 cytryny, aromat migdałowy 720 ml śliwek w syropie (bez pestek), 2 łyżki posiekanych migdałów, 1 łyżka mąki ziemniaczanej, laska cynamonu
śliwki osączyć, sok zlać do rondelka. Mąkę ziemniaczaną rozprowadzić dwiema łyżkami soku. Resztę soku zagotować z laską cynamonu. Zagęścić mąką, dobrze wymieszać. Wrzucić śliwki i zagotować ponownie, odstawić do wystygnięcia. Mleko zagotować z cukrem, cukrem wanilinowym i skórką cytrynową. Oddzielić białko od żółtka i ubić na pianę. Z mleka usunąć kawałki skórki cytrynowej. Do mleka wsypać grysiki i mielone migdały, dodać aromat i gotować na wolnym ogniu mieszając aż zgęstnieje. Ostudzić. Wymieszać delikatnie wpierw z żółtkiem, a następnie z pianą z białek. Masę migdałową przełożyć do pucharków. Dodać porcję sosu z owocami, posypać migdałami.